Czas w podróży 7 godzin, ilość przejechanych kilometrów – 60 Dzisiaj nie wiele przejechałem, ale za to nieźle się nałaziłem. Pojechałem do skalnego miasta Wardzia. Droga kręta, wśród skał z malowniczymi widokami. Żeby to wszystko obejść potrzebowałem paru godzin. No ale dobrze, przydało mi się trochę aktywności. O tym mieście w skałach najlepiej poczytać w Internecie. Robi olbrzymie wrażenie, wykuty w skałach kościół, pomieszczenia dla mnichów, miejsca gdzie było przechowywane wino i wiele innych. Żeby sobie odpocząć po tym łażeniu po skałach, zostałem jeszcze dłuższą chwilę nad rzeką i spokojnie w samotności wypiłem kawę. Ponieważ już mi się dzisiaj nie chciało jechać, na noc zostałem w hotelu w tym co dzień wcześniej. Idąc do recepcji zobaczyłem że na dole są dekoracje ślubne, a więc będzie ślub. Trochę się rozmarzyłem, - a może zaproszą - pomyślałem? Od razu przypomniało mi się gdy z kolegami jechaliśmy z Polski do Pekinu, to w Samarkandzie (Uzbekistan) zostaliśmy zaproszeni na wesele. A było to tak: Wieczorem wyszliśmy na spacer i jakoś trafiliśmy do takiego dużego ogrodzonego parku, gdzie trwała impreza. Janek (jeden z naszych) poszedł coś tam zagadał do ochrony, ci poszli gdzieś popytać i za chwilę kiwali na nas żebyśmy weszli za bramę. Po krótkiej rozmowie, gdzie w dwóch słowach opowiedzieliśmy o sobie, że jesteśmy z Polski i że jedziemy Busem do Chin, zostaliśmy zaproszeni. Trochę się krygowaliśmy, bo nasze stroje nie były zbyt świeże, a nasz wygląd wskazywał na to że już jakiś czas temu braliśmy kąpiel. No ale żeby nie zrobić afrontu zapraszającym, przyjęliśmy zaproszenie, a poza tym kto może powiedzieć że był na weselu w Uzbekistanie, no na pewno niezbyt wielu. Nie dość że zaprosili zupełnie obcych ludzi, to jeszcze dostąpiliśmy zaszczytu, bo posadzili nas do stołu rodziny pana Młodego, gdzie siedzieli sami młodzi mężczyźni. Co tu dużo gadać, młodzi towarzysze przy stole od razu nami się zaopiekowali nalewając nam trunki i podsuwając bardzo dobre jedzenie. Gdy już się trochę impreza rozkręciła, zaczęły się tańce. Mężczyźni i kobiety tańczyli osobno, my też jakoś tam tańcowaliśmy, i nawet można powiedzieć że nieźle nam szło. Rozochoceni tańcami i rozgrzani trunkami bawiliśmy się doskonale. Do pewnego czasu, gdyż jeden z naszych (ten który nie pił) stwierdził że mamy już dosyć i zarządził odwrót. No co mieliśmy robić – posłuchaliśmy go. Na odchodne dostaliśmy w prezencie każdy po butelce doskonałego wina. To takie małe wspomnienie z tamtej wyprawy. Teraz popatrzyłem z daleka na młodych, żal mi było druhen (które były poubierane w strojne suknie bez rękawów) bo wiał zimny wiatr i widać było że im strasznie zimno.