Czas w podróży 9 godzin, ilość przejechanych kilometrów – 220 Przez całą noc padał deszcz, razem z szumiącą rzeką tworzyli duet przy którym szybko usnąłem. Pogoda nie poprawiła się, a nawet znacznie pogorszyła, bo deszcz zastąpił gęsty śnieg. Długo się nie zbierałem, tylko kawa i ruszyłem. Deszcz ze śniegiem był czasami tak mocny że miejscami prawie że jechałem po omacku. Wycieraczki źle zbierały a czasami się całkiem zaklejały od mokrego śniegu. Wycieraczki to jeszcze nic, gdzieś na podszybiu, a może to uszczelka pod szybą (diabli wiedzą) była nieszczelność. Przy małych opadach to nic nie znaczyło, natomiast teraz dało o sobie znać. Jak skręcałem w prawo, to lało mi się na lewą nogę i odwrotnie. Droga była kręta i nie było się gdzie się zatrzymać więc po niedługim czasie obie nogi miałem mokre. Zatrzymałem się i zmieniłem na buty trekkingowe, ale i tak co jakiś zakręt czułem że mi leci za cholewki. Dobra, nie ma co narzekać. Na granicy Gruzińskiej bez kolejki i bez problemu szybko mnie odprawili, to samo na przejściu Tureckim, szybko i bez żadnych formalności. Jadąc nad samym morzem cały czas widziałem sztormowe groźne bardzo wysokie fale. Na noc zatrzymałem się koło stacji benzynowej z ładnym widokiem na morze, tuż obok meczetu. Jednakże gdy na kolację zacząłem sobie robić smażoną na smalcu kiełbasę, uznałem że to jest bardzo duży nietakt, a nawet swego rodzaju profanacja z mojej strony (tu meczet, tu wieprzowina). Chcąc nie chcąc przestawiłem samochód na drugą stronę stacji, gdzie już nie było widoku na morze, tylko na ścianę, no ale było znacznie dalej od meczetu.