Rano pojechaliśmy do miasta kupić smar i jeszcze parę innych drobiazgów. No to bierzemy się za robotę. Po paru godzinach, wszystkie nowe części są na miejscu (z lewej strony półoś była w lepszym stanie, ale i tak wszystko zostało wymienione). Dobra pakuję się i zabieram się stąd. Od żony pana Stanisława dostałem na drogę chleb własnego wypieku, wędliny, sery i co tam jeszcze – czułem się jak dziecko które zostało wyprawione w daleką podróż. Jadę na granicę, wydaje się że jest dobrze. Wydaje się to jest dobre określenie. Jak jedno dobrze to następna rzecz daje się we znaki. Znowu wibracje od opon, teraz już tak bardzo że zatrzymywałem się żeby sprawdzić czy mi jakaś opona nie rozlatuje się. Rozpacz, jedno zrobione, drugie zepsute. Mam wrażenie że coś cały czas mnie trzyma i nie pozwala kontynuować podróży. Nie rozumiem, przecież przed podróżą jeździłem po Polsce, zrobiłem ponad 1 500 km, i oprócz tych nieszczęsnych kół wszystko było w porządku. Teraz nie mogę nabrać rozpędu - jestem dziesiąty dzień w podróży i nie mogę wyeliminować tych wszystkich awarii. Nie ma dnia żeby szło mi dobrze, codziennie nerwy i stres, oczywiście jestem przygotowany na te wszystkie przeciwności, ale teraz to jakoś wszystko się zbiera i kumuluje, nadwyrężając moją siłę i determinację Na noc zostałem w hotelu żeby zrobić pranie, rano jadę na granicę i koniec z narzekaniem.