Czas w podróży 6,5 godzin, ilość przejechanych kilometrów – 80. Dzisiaj dojechałem do miejscowości Stepantsminda. To jeden z celów mojego wyjazdu. Tutaj chcę wjechać na górę pod klasztor Cminda Sameba, sama droga do miasta dosyć trudna ze względu na sporą ilość zakrętów i jazdę pod górę i w dół. Tak prawdę powiedziawszy to nie wiem co gorsze, pod górę podjeżdżałem na czwartym, czasami na trzecim biegu, a nawet na dwójce, silnik MAN jest bardzo elastyczny i dobrze sobie radził. Gorzej było na zjazdach, gdzie cały czas musiałem hamować (dodatkowo też silnikiem). Parę razy musiałem się zatrzymywać i czekać aż bębny się wystudzą bo przy tym ciągłym hamowaniu strasznie się grzały. Nawet spory ruch był na drodze, marszrutki z turystami, samochody osobowe i też dużo Tirów. Po przyjechaniu do miasta trochę się powłóczyłem, dużo jest takich małych busików (marszrutki) którymi turyści są przywożeni z reguły z Tbilisi. Mnie korciło wjechać na górę i jak postanowiłem, tak zrobiłem, droga z początku całkiem niezła. Moje problemy zaczęły się dalej, bo oto zakręty, które musiałem pokonywać były tak ciasne że przy małym skręcie Gaza nie byłem w stanie „zrobić” tego na raz. Tak więc jadąc pod górę i zbliżając się do zakrętu odbijałem na lewy pas (nie widząc czy jakiś samochód nagle nie wyłoni się z tego zakrętu), skręcałem ile się dało, potem odpuszczałem żeby trochę zjechać do tyłu, znowu trochę do przodu trochę do tyłu i już za drugim, lub nawet trzecim razem mieściłem się w zakręcie. Całość tych operacji była bardzo stresogenna ponieważ przez dłuższy czas blokowałem całą jezdnię i to na zakręcie. W pewnym miejscu już tak zaklinowałem się na dobre, że w duchu przeklinałem swoją głupotę i to że tam chciałem pojechać. No ale z drugiej strony rozgrzeszałem się (w myślach) przecież nie wiedziałem że taka jest droga. Wszystko dobrze się skończyło, kierowcy którym blokowałem drogę czekali cierpliwie aż się wykaraskam z tych opałów. Dojechałem na górę Nagrodą za trudy drogi były piękne widoki na ośnieżony Kazbek i monumentalny Kaukaz. Po zjechaniu na dół do miasta postanowiłem zostać na noc w hotelu, zameldowałem się i wieczorem poszedłem na kolację do baru, który mi polecał kolega Paweł. Może nie o jedzenie chodziło, ile o czaczę, którą zachwalał. Tak więc idę spróbować. Lokal swoim wyglądem przypominał jakiś tam kiosk z małą ladą, raptem trzy stoliki i pan Gruzin. Przywitałem się po rosyjsku, a widząc jego reakcję na ten język od razu powiedziałem że jestem Polak, a nie Rusek. Pan dosyć dobrze mówił po polsku więc mu powiedziałem że przyszedłem coś zjeść, ale głownie posmakować trunku. Tym go udobruchałem, bo jak się później okazało szczerze nie lubił Rosjan. Porozmawialiśmy tak z godzinę, w tym czasie zjadłem zupę (ponoć fasolowa) i kotlety (takie niby mielone), wszystko to obficie popijając czaczą (to tak od zdrowotności). I tak się zakończył ten dzień