Czas w podróży 9 godziny, ilość przejechanych kilometrów – 70. Przy śniadaniu porozmawialiśmy z godzinę z Ksawerym, bardzo ciepły, miły, ciekawy człowiek, który zostawił wszystko w Polsce i przeniósł się do Gruzji. Tutaj ma swoją restaurację, która w sezonie turystycznym bije rekordy popularności, a zwłaszcza wśród Polaków którzy jadą do Monastyru Dawit Garedża. Postanowiłem jechać do Sighnaghi drogą przez step. Wcześniej Piotrek mówił mi że jest ładna, ale trudna trasa z Ubdabno do Sighnaghi. Poprosiłem Ksawerego żeby mi pomógł wgrać mapy, bo bez tego bardzo łatwo się można zgubić, zrobił to dosyć szybko i już miałem wszystko telefonie. Fajnie się gada, ale czas w drogę ruszać. Jeszcze zrobiłem zdjęcie Ksaweremu przy Gazie i jazda. Droga faktycznie miejscami dosyć trudna, ale Gaz doskonale sobie radził na kamienistych zjazdach i podjazdach. Pod strome wzniesienia bez problemu podjeżdżałem na dwójce, niekiedy trzeba było włączyć także przedni napęd. Wszystko działało, czasami były duże przechyły i nawet parę razy miałem wrażenie że nie ma siły zaraz się przewrócę na bok. Generalnie Gaz jest bardzo dzielnym samochodem w terenie, tak go Rosjanie zaprojektowali że bardzo trudno jest go zakopać , albo przewrócić. U mnie poprzez to że na bagażniku mam 500 kilo (zapasowe 4 koła terenowe) to środek ciężkości jest wysoko, i stąd moje obawy. Było pusto, słonko świeciło i jakoś powoli ale te kilometry ubywały. Nawet sobie pomyślałem że skoro tak fajnie jest – dziko, to zostanę na noc w tym stepie, a rano pojadę dalej. Jednak przy śniadaniu jak rozmawiałem z Ksawerym powiedział mi że co prawda jeszcze dzisiaj jest pogoda, ale w nocy zacznie padać i to jednak mnie zniechęciło do tego nocowania w stepie. Ponieważ drogi tutaj są takie kamienisto, gliniaste wyobraziłem sobie że jak deszcz popada to będzie mi bardzo trudno przejechać. Okazało się że to była bardzo dobra decyzja żeby nie zostać tam na noc. W nocy faktycznie padał deszcz i jak później z Piotrkiem rozmawiałem to mogło być tak że ze dwa dni musiałbym czekać aż trochę drogi obeschną żeby można było jechać dalej. Dość powiedzieć że do Singhaghi wróciłem prawie wieczorem. Umordowałem się tą drogą strasznie, byłem zmęczony i głodny, a ponieważ szkoda mi było czasu, to przez całą drogę nic nie jadłem. Postanowiłem sobie zrobić prezent że tak dzielnie się spisałem i poszedłem na pyszną kolację zakrapianą winem i połączoną ze zwiedzaniem restauracyjnej piwniczki.