Czas w podróży 9 godzin, ilość przejechanych kilometrów – 110. Na dzisiejszy dzień miałem już plan, jadę do Parku narodowego Vashlovani, ale najpierw trzeba jechać do centrum turystycznego w Dedoplisckaro. Tutaj zameldować się w dyrekcji parku, zapłacić symboliczną opłatę (15 Lari). Bez problemu dojechałem i znalazłem biuro, tutaj przesympatyczna pani o imieniu Nino pomogła mi z dokumentami, które miałem dostarczyć do Policji granicznej. Nino jeszcze mi pokazała miejsca, w które mam się nie pchać, bo droga stroma i wąska i jak tam wjadę to ciężko będzie wyjechać (ok, kiwam głową i udaję że wszystko rozumiem). Posterunek Policji zlokalizowany jest kilka kilometrów od centrum Dedoplisckaro, tam wypełniłem kolejne dokumenty i już mogłem jechać. Ponieważ byłem w strefie nadgranicznej z Azerbejdżanem to obowiązywały mnie takie przepisy. Wcześniej, Piotrek wgrał mi mapę przejazdu trasą, którą jeździ z turystami. Trasa czytelna i jak mi się wydawała bezproblemowa. Jadę, po przejechaniu kilkunastu kilometrów, wjeżdżam w obszary górskie. Widoki niesamowite, raz wspaniałe monumentalne góry, zaraz potem widok jak z Afryki na rozległą „sawannę” usianą suchymi trawami, pagórki, wyschnięte koryta rzek, no trudno wszystko to opisać. Człowiek sam w otoczeniu tych wspaniałości. Parę razy zatrzymywałem się żeby w ciszy napawać się tymi widokami, a to posiedziałem popatrzyłem, innym razem kawę sobie zrobiłem. Gdy tak sobie fajnie jechałem, zauważyłem że zniknęła mi trasa w telefonie (ta którą wgrał mi Piotrek). Ponieważ trochę wcześniej jeszcze była, więc zawróciłem (rozumując logicznie) że skoro tam gdzieś była, to jak tam pojadę to się znowu pokaże. Tak też się stało, trasa się pokazała. No trzeba bardziej uważać pomyślałem. Po jakimś czasie wjechałem w taki trudny, wąski, kamienisty odcinek że musiałem i przedni napęd włączyć i się mocno napracować żeby go przejechać. Jak już przejechałem to zobaczyłem że znowu trasa mi zniknęła. A zawrócić nie ma jak. No to widzę że robi się problemik, zaraz będzie ciemno, a ja nawet nie wiem gdzie jestem. Trzeba szukać miejsce na nocleg. Po jakimś czasie jak już zapadał zmrok znalazłem fajne miejsce na noc i tam zostałem. Może trasa się „odnajdzie” rano? Szybko zapadła noc, zjadłem kolację i wyszedłem na dwór. Cisza, w oddali cienie olbrzymich gór, sam pośród tego wszystkiego – pięknie, ale i trochę strasznie. Żeby już sobie wyobraźni nie nakręcać szybko wróciłem do samochodu, jeszcze poczytałem parę stron książki (Romuald Koperski, „Syberia Zimowa Odyseja”) i lulu.