Czas w podróży 6 godzin, ilość przejechanych kilometrów – 70 Plan na dalsze dni wyglądał następująco. Jadę dzisiaj do miejscowości Lentekhi. Tam zostaję na noc, konieczynie w hotelu (żeby się jakoś do ludzi doprowadzić). Rano następnego dnia jadę do Ushguli, to są 4 małe wioski (jak niektóre informacje mówią) najwyżej położone i zamieszkałe miejsce w Europie. Wioski leżą w górnej Swanetii. Wiem też że raczej już tam nie dojadę dlatego że dużo śniegu napadało, a droga nawet bez śniegu jest trudna i niebezpieczna. Pojadę ile się da (a może coś odśnieżyli i będzie można dojechać). Sprawdziłem pogodę słońce i bez opadów będzie środa, czwartek. Jak dojadę w środę, tam zostanę na noc i w czwartek przed śniegiem wrócę na dół. Po południu przyjechałem do Lentekhi. Podjechałem pod hotel, ale niestety hotel był zamknięty. Gdy tak stałem przy samochodzie z głupią (pewnie) miną podjechała terenowa Toyota (z jakimś emblematem na drzwiach) i kierowca z dużym zainteresowaniem przyglądał się Gazowi. Tak sobie wymyśliłem że to pewnie ktoś z jakiejś miejscowej administracji i na pewno będzie wiedział gdzie tu można przenocować. Po mojej krótkiej prezentacji poprosiłem pana o pomoc. Pan zadzwonił w kilka miejsc, ale sądząc z miny bez skutecznie. W końcu kazał mi jechać za sobą, a więc jadę. Po paru minutach na obrzeżach miasteczka zatrzymaliśmy się przed Guest House “SVANETI”. Po krótkiej rozmowie z właścicielem dostałem zgodę na zostanie na noc, chociaż pensjonat był nieczynny. Pan gospodarz o imieniu Żaro najpierw kazał mi usiąść za stołem, podał gorącą zupę, ser i oczywiście czaczę na popitkę jedzenia. Zaczęliśmy jeść i rozmawiać. Opowiedziałem trochę o sobie, ale z wielkim zainteresowanie słuchałem opowieści gospodarza. Niezwykły to człowiek, przez 12 lat był nauczycielem, skończył dwa fakultety, a później służył w Policji przez 25 lat. Służbę skończył ze stopniem pułkownika. Może to nie było jakieś nadzwyczajne, ale dalsza opowieść już tak. Otóż jak mi opowiadał 22 lata temu napadł na niego niedźwiedź. Niedźwiedź jakoś go zaskoczył (nie wszystko zrozumiałem) i rzucił nim na drzewo. Broń, którą miał gdzieś tam upadła. Niedźwiedź złapał go i rzucał nim jak szmatą (to zrozumiałem), Żaro jakoś wbił mu rękę w gardło i wtedy niedźwiedź go puścił, to pozwoliło mu sięgnąć po broń i go ubić. Całą historię napisałem w trzech zdaniach, ale Żaro długo o tym opowiadał jako że nie wszystko rozumiałem. Pokazywał mi na nodze i ręce ślady zębów. Ponieważ był mocno ranny, nie było szans żeby iść po pomoc, na szczęście odnalazł go jakiś sąsiad, który był w lesie i usłyszał te wrzaski. Gdyby nie ta pomoc, Żaro na pewno by zginął od poniesionych ran. No trzeba przyznać że niesamowita historia. Pomyślałem sobie że musi mi jeszcze raz opowiedzieć jak już trochę czaczy popijemy, wtedy mój rosyjski będzie znacznie lepszy. Chciałem się trochę przejść i Żaro powiedział mi że nie daleko jest źródełko wody mineralnej, tak więc na spacer wybrałem się do źródełka robiąc trochę zdjęć. Później przyszła z pracy żona gospodarza pani Tułuli (nie wiem czy dobrze napisałem to po polsku). Poprosiłem gospodarza, żeby zaprosił jeszcze tego gościa, który wykazał się takim dużym zaangażowaniem w szukaniu noclegu dla mnie na kolację. Na kolację były miejscowe smakołyki i tutaj ja zabłysnąłem super jedzeniem. Ponieważ przed wyjazdem dostałem od Szczepana (który jest myśliwym) gulasz z dzika, uznałem że jest to jedyna i doskonała okazja żeby w towarzystwie myśliwych zjeść tego dzika. Gulasz był wyborny, pani gospodyni i panowie myśliwi ze smakiem się zajadali – ja oczywiście także. No i tak jak przypuszczałem, w miarę ilości wypitej czaczy mój rosyjski znacznie się poprawiał. Rosyjski może i tak, ale niestety nie pamięć. Gdy tak słuchałem (po raz drugi) wydawało mi się że już wszystko z tej opowieści zrozumiałem, tylko że na drugi dzień niewiele pamiętałem. No cóż co zapamiętałem to napisałem. Jeszcze przed pójściem spać dostałem ser i miód, a ja odwdzięczyłem się koszulkami firmowymi, butelką whisky i innymi drobiazgami.